|
|
wtorek, 03 kwietnia 2012
Po przerwie :-)
Niestety nic się nie zmieniło. Nadal pije. Można powiedzieć, że od grudnia jest gościem w domu. Zresztą nawet to już nie jest Jego dom. Przez długi, długi czas miałam nadzieję, że jakieś resztki rozumu w Nim pozostały. Ale nie pozostały. Był na tyle głupi (przykro mi to pisać o jeszcze swoim mężu, ale taki jest fakt), że sam się wymeldował. Myślał pewnie, że nie będzie pił, więc wszystko będzie dobrze. Ale nie dał rady, więc ja ze spokojnym sumieniem zamykam Mu drzwi przed nosem. Teraz już nawet policja nie zmusi mnie, żebym Go wpuściła.
Teoretycznie mam teraz święty spokój. Nawet jeśli pojawia się, to z reguły raz dziennie, na chwilę. Wygląda to tak jakby chciał się przypomnieć. Np. w sobotę był wieczorem, próbował wziąć mnie na litość, jaki to on nie jest zmęczony tą sytuacją, że niby już wszystko zrozumiał, itp. W niedzielę znów zjawił się wieczorem (najczęściej pojawia się pod wieczór - chyba w dzień nie ma czasu, są inne ciekawe zajęcia). Niestety znów nie miał szczęścia. W poniedziałek przyszedł akurat wtedy, kiedy nie było mnie w domu, a później już nie próbował - widocznie było coś ważniejszego. Dzisiaj udało Mu się nawet namówić mnie na spotkanie w parku. Niestety to spotkanie znów nic nie zmieniło. Dowiedziałam się tylko, że wszystkiemu Ja jestem winna. On pije, bo się denerwuje. A ja nie wpuszczam Go do domu już po pierwszym razie jak On się napije. Tylko zapomina, że pije również wtedy, gdy ja po raz kolejny daję Mu szansę, wpuszczam Go do domu i np. płacę za badania wstępne do pracy, do której zresztą nawet nie poszedł. Ale to tylko taki drobny szczegół. Właśnie ostatnio, kiedy miał kilka dni trzeźwości, znalazł pracę. Musiał zrobić badania wstępne, za które ja zapłaciłam. Od poniedziałku miał iść do pracy, a od czwartku już pił. Wtedy ja głupia, wredna żona, pojechałam po Jego mamusię, mając nadzieję, że to na Niego jakoś wpłynie. W niedzielę cały dzień pilnowałam, żeby nigdzie nie wychodził. A w poniedziałek mój biedny, napiętnowany mąż wyszedł do pracy i znów się okazało, że ma pod górkę. Ale to znów była moja wina, bo we wtorek już nie uwierzyłam, że wychodzi do pracy, więc musiał się napić. I tyle w tym temacie. Powiedziałam mojej teściowej wprost, że nie ma już czego ratować, że ja nie chcę tego dalej ciągnąć. Prosiła Go, żeby jechał z nią do domu, ale przecież po co. Wtedy nie mógłby uprzykrzać mi życia.
Niestety mimo, że nienawidzę tego człowieka, którym jest w tej chwili, nadal bardzo tęsknię za tym, kim był kiedyś... Nie wiem czy to się kiedyś skończy...Więc, żeby nie myśleć, nie cierpieć, po prostu staram się nie mieć czasu na wspomnienia.
Termin sprawy rozwodowej jest wyznaczony na koniec czerwca. Jeszcze nie dostałam powiadomienia -dowiedziałam się pocztą pantoflową. Wczoraj pozew rozszerzyłam o pozbawienie mojego męża praw rodzicielskich.
Najgorsze jest to, że wszystkie te działania, które do tej pory podjęłam i które miałam nadzieję, że wpłyną na mojego męża, to mnie bolą najbardziej.
czwartek, 22 grudnia 2011
Świąteczny klimat :-(
Mam wolne przed świętami. I myślę. Za dużo mam czasu na myślenie.
Myślę, że to będą najgorsze Święta w moim życiu. Bez względu na to jak je spędzę. Jeśli się zlituję, ugnę, pożałuję i wpuszczę Go, to co to za święta, jeśli przy jednym stole z Tobą siedzi osoba, która była całym Twoim życiem, której ufałaś i na której polegałaś. A teraz to wrak człowieka, degenerat, najprawdopodobniej nawet nietrzeźwy. Z drugiej jednak strony mogę usiąść do Wigilijego stołu ze świadomością, że tam gdzieś jest bliska mi kiedyś osoba, która była dla mnie całym światem. Dla której my byliśmy całym światem (bo jestem tego pewna, że tak było. Jeszcze całkiem niedawno...). Ojciec moich dzieci...
Na codzień staram się nie okazywać tego, co naprawdę przeżywam. A cierpię bardzo. Tęsknię bardzo za tym człowiekiem, którym mój mąż był tyle lat. Bardzo chciałabym, żeby te dni wróciły. Nawet nie mam z kim porozmawiać na zwykła codzienne tematy. Bo o czym można porozmawiać z 10-latką i 5-latkiem i ewentualnie z 80-latką, która po ponad dziesięciu latach mojego małżeństwa potrafi mi powiedzieć, że ona to od początku Go nie lubiła... Ale jak ją woził po lekarzach, naprawiał, malował, remontował i w ogóle pomagał to było dobrze. Teraz tego nie pamięta. Nie chcę słuchać tego nagadywania na Niego. Wiele mogę złego o Nim teraz powiedzieć, ale pamiętam też jakim człowiekiem był wcześniej...
Święta będą ciężkie...
sobota, 17 grudnia 2011
Bez oglądania się do tyłu ! ! !
Od dwóch tygodni nie ma Go w domu i ... całkiem dobrze mi z tym. Nie zastanawiam się, do jakiego domu wrócę, czy będzie dzisiaj trzeźwy czy nie, czy dotrzyma słowa czy nie...
Jest spokój.
Mimo, iż mniej więcej raz dziennie daje o sobie znać: dzwoni lub przychodzi - nie mam wyrzutów sumienia o to co się z nim dzieje.
Obiecałam sobie, że ostatni raz prosiłam Go o coś dwa tygodnie temu, kiedy uciekł mi ze stojącego na skrzyżowaniu na światłach samochodu. Chociaż jeszcze wtedy próbowałam Go błagać, żeby wrócił ze mną do domu - on miał ważniejszą sprawę. Więc więcej razy prosiła nie będę.
Pierwszy tydzień był niemalże sielankowy: cisza, spokój, bez nerw. Teraz córka zaczyna już tęsknić. Ale myślę, że bardziej chodzi jej o to, że po prostu nie wiemy gdzie śpi, co je, itp. Po prostu martwi się o Niego. No i na pewno tęskni. Tęskni za tatą, którego zna sprzed dwóch i więcej lat. Ale nie rozumie jeszcze,że takiego taty już nie ma. Liczy tak, jak ja do tej pory, że wróci to co było.
A syn nawet o Nim nie wspomni. Raz tylko w nocy, przez sen Go wołał. I tyle.
Ja również tęsknię za tamtym człowiekiem, ale Jego już nie ma. Zamiast Niego jest zupełnie obcy człowiek. Człowiek, którym gardzę i którego się brzydzę.
Na chwilę obecną nie mam wyrzutów sumienia ani potrzeby, żeby wrócił do domu. Martwię się jednak nadchodzącymi Świętami. Jeśli przyjdzie w Wigilię i wpuszczę Go do domu, to już nie wyjdzie. A Jego powrót będzie dla mnie porażką i cierpieniem. Znów będę się denerwowała. Nie chcę już z nim być. Ale On tego nie rozumie i nie da Nam spokoju.
Jakiś miesiąc temu wywiozłam Go pijanego na wieś do teściowej. Jak ja się cieszyłam, że to już koniec, że już mam spokój... Dosłownie kamień spadł mi z serca. W środku nocy wracałam do domu szczęśliwa. Niestety moje szczęście i spokój trwały dosłownie pół dnia. Do momentu, kiedy zadzwoniłam do teściowej, a ona mi oznajmiła, że mój mąż właśnie wraca autobusem do mnie i do dzieci. Bo obiecał mamie i bratu, że "mnie przeprosi i więcej się to nie powtórzy". No i nie powtórzyło się przez tydzień.
Alimenty.
Ponieważ od dwóch miesięcy nie dostałam od męża ani grosza, sprawę alimentów przekazałam do Komornika. Niech On się tym zajmie - może chociaż dostanę pieniądze z funduszu alimentacyjnego.
Rozwód.
Dostałam decyzję w sprawie złożonego pozwu o rozwód. Umorzono mi część opłaty oraz odmówiono adwokata. Mając w pamięci przebieg sprawy o alimenty, najbardziej jestem załamana decyzją o odmowie adwokata. Ponieważ mój mąż nie podziela mojej decyzji co do rozstania, będzie próbował przekonać Sąd, że nie chce rozwodu, bo nas kocha, wszystko naprawi itp.
Nie wiem, czy napiszę jeszcze coś do Świąt, więc:

poniedziałek, 14 listopada 2011
Rocznica rocznicą rocznicę pogania.
Pozew o alimenty złożyłam 29.07.2011 r. - dokładnie w 11. rocznicę naszego ślubu kościelnego.
11.11.2011 r. minęła 16. rocznica naszego poznania, a dzisiaj - 14.11.2011 r. złożyłam pozew o rozwód.
To tyle w tym temacie na dzisiaj.
Czuję, że przegrałam swoje życie...
sobota, 05 listopada 2011
jeden plus, drugi minus - w sumie wynik ujemny
PLUS:
W minionym tygodniu odbyła się kolejna sprawa o alimenty. Niestety nie powiem, że zawdzięczam coś polskiemu sądownictwu. Uważam, że wszystkie ustalenia, jakie zapadły na sali sądowej, są wynikiem moich rozmów z mężem. Ponieważ akurat trafiłam na okres, w którym mój mąż jest tym człowiekiem, za którego wyszłam za mąż (czyt. nie pije), zgodził się z na moje "żądania".
MINUS:
Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że teraz dobrze by było, aby mój mąż respektował orzeczenie sądu. Jeśli nie będzie płacił to będę ciągle w tym samym miejscu. Przy okazji: czy ktoś może wie jaki jest limit zarobków na osobę, aby otrzymać pieniądze z funduszu alimentacyjnego?
Dzisiaj znalazłam blog innej żony alkoholika. Jej sytuacja bardzo przypomina moją. W przerwach między piciem jej mąż również był wspaniałym człowiekiem, przyjacielem dla niej i ich dzieci. Zdaję sobie sprawę, że właśnie taka sama sytuacja jest dla mnie zgubą - przyłapałam się na tym, że czekam aż ten zły okres minie i znów wróci stary W., którego kocham...
PLUS:
Jednak tamta kobieta w końcu potrafiła powiedzieć DOŚĆ. I sobie, i jej "kochanemu" mężowi. Wielki szacunek dla tej żony.
MINUS:
Wydaje mi się, że jestem osobą rozsądną, a nie potrafię podjąć tak oczywistej decyzji...
Może problem tkwi w tym, że wychowywałam się bez ojca i teraz potrzebuję takiej ostoi (mój mąż do tej pory nią był) w postaci mężczyzny w domu. Jaki by on nie był.
We wtorek mój mąż zadał mi pytanie czy jeszcze go kocham. Nie chcę mówić, że tak. Bo sama nie jestem tego pewna. Nie wiem czy to jest miłość, czy może właśnie potrzeba. Potrzebuję rozwiązywać z kimś domowe problemy, porozmawiać z kimś innym niż moje dzieci, koleżanki z pracy. Bo to nie to samo przecież. Nie o wszystkim mogę powiedzieć w sumie obcym osobom.
Czasami mi się wydaje,że próbuje z tym walczyć. Bo w sumie są takie okresy, kiedy on nie pije i tego nie potrzebuje. A później przychodzi moment, że zaczyna pić. I wtedy myślę, że nawet się nie stara, żeby cokolwiek zmienić.
piątek, 28 października 2011
Biednemu zawsze wiatr w oczy
Na sprawie o alimenty pani sędzina stwierdziła, że nie widzi sensu orzekania alimentów, skoro "prowadzimy wspólne gospodarstwo domowe". Mówiąc to miała na myśli, że mam dostęp do konta mojego męża. Nie wzięła jednak pod uwagę faktu, że co mi z tego dostępu do konta, na które nie wpływają żadne pieniądze. A dostęp mam, ponieważ muszę spłacać kredyt. Gdybym liczyła na mojego męża, kredyt nie byłby spłacany. Oczywiście robimy też wspólne zakupy z MOICH pieniędzy - z pieniędzy męża zakupy robi tylko on i na swoje potrzeby.
Z sali sądowej wyszłam załamana. A mój mąż (już koniec z abstynencją) tylko parsknął z satysfakcją. Przez kilka dni miałam depresję. Jak tu można liczyć na sprawiedliwość...
Sprawa została odroczona do 4. listopada. Mimo, iż "się dogadaliśmy" co do kwoty, boję się, że On się wycofa z wszystkich ustaleń. Po kolejnych 3 tygodniach picia i straceniu dwóch prac nie wierzę już w ani jedno Jego słowo.
Podjęłam również decyzję o rozwodzie. Przynajmniej tyle mogę zrobić dla własnego spokoju. A jeśli nadal mielibyśmy być razem, możemy być również po rozwodzie.
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Entliczek, pentliczek
Dzisiaj mija 26 dni bez picia. Od ponad roku mój mąż nie wytrzymał tyle bez alkoholu. Tylko czy to ma dla mnie jakieś znaczenie? W gruncie rzeczy to jednak ma. Na razie jest spokój i cieszę się nim. Nie znaczy to jednak, że zapomniałam, wybaczyłam. Ciągle myślę, obawiam się, podejrzewam. Ostatnie dwa tygodnie, odkąd stamtąd wyszedł, spędziłam nawet dość przyjemnie.
Ale chyba nie chcę spędzić reszty życia zastanawiając się codziennie czy mój mąż przyjdzie z pracy trzeźwy.
Co dalej?
czwartek, 11 sierpnia 2011
najgorsze podejście to takie, kiedy z góry zakładasz przegraną...
Jutro koniec detoksu. Grzeczna żonka w mojej osobie zwolni się z pracy, żeby mężusia odebrać. Wiem, że nie taki powinien być scenariusz. Ale jak już Go wywiozłam to i przywieźć Go powinnam.
Mniej więcej do środy miałam względny spokój, nie myślałam za dużo, cieszyłam się spokojem i pewną sytuacją w domu, jaką zastawałam po powrocie z pracy. Jezu, jak dawno tego nie czułam... Ale od środy już cały czas zastanawiam się nad nieuchronną rozmową, która musi nadejść. Co dalej. Jasne jest dla mnie, że nie chcę, żeby wrócił. Chciałabym nadal odpoczywać i nie myśleć. Bez Niego znów polubiłam wracać do domu. Powinien zostać u Mamusi? Czy to byłaby dla niego motywacja, że jest o co walczyć? Z drugiej strony, jaka przyszłość się przed nim maluje na wsi? Ponadto zawsze można podejść do tematu od strony: jak było dobrze to Go trzymałam, a jak jest problem, to się Go pozbywam... Teściowa niby mówi mi, że mnie rozumie i mi współczuje, ale trzeba wziąć pod uwagę, że to On jest jej synem, a ja tylko synową - trudno być w tej sytuacji obiektywną.
Boję się Jego powrotu, bo to ja na tym najwięcej ucierpię. To ja będę myślała cały dzień czy pije, jaki będzie jak wrócę z pracy, itp.
Dzisiaj mi się śniło, że wrócił do domu po detoksie i przyłapałam Go w łazience z dwoma butelkami wódki.
Myślę, że to dla mnie wszystko źle się skończy...
sobota, 06 sierpnia 2011
Między pierwszym a drugim krokiem....
Walczyłam o to od roku. Wydawało mi się, że jeśli tak się stanie, nasze problemy sie skończą. W tej chwili jestem świadoma jednak, że ta droga dopiero się zaczyna. I mam coraz więcej wątpliwości czy chcę nią iść z moim mężem. Jeszcze rok temu byłam pełna nadziei, energii, wiary w to, że się uda. A teraz to chyba mogę nawet powiedzieć, że mi nie zależy. Tak jestem już zmęczona.
W chwili obecnej, od środy, mój mąż jest na detoksie. Jezu!!! Jak ja o to walczyłam...kiedyś....Wydawało mi się, że to jest lek na nasze problemy. Ale ten lek przyszedł być może za późno...
A teraz napawam się świętym spokojem. Nie denerwuję się gdzie jest, co robi, kiedy wróci...
Tak dobrze jest bez Niego...
Wiem, że nie jest złym człowiekiem. Ale dużo się zmieniło przez ostatni rok, przez tych wiele niespełnionych obietnic. Nawet już w nie nie wierzę.
Chciałabym, żeby po tym detoksie nie wrócił do domu. Niezależnie od tego, czy podejmie dalszą terapię (najlepiej stacjonarną) czy stwierdzi, że to Mu nie potrzebne. Chcę, żeby się wyprowadził.
O mojej zmianie uczuć najlepiej może świadczyć fakt, że kiedyś gdy Go nie było (z różnych powodów), cały czas w podświadomości myślałam gdzie jest, co robi, kiedy wróci... Teraz nawet nie chce mi się do Niego dzwonić, nie mamy nawet o czym rozmawiać. Głupie wymianki typu, co u Ciebie, co u dzieci, co robisz Ty, a co robię ja....
Jednocześnie mam świadomość, że jeśli w dalszym ciągu będzie wiercił dziurę w moim brzuchu, ulegnę Mu, co uważam za swoją ogromną porażkę. Jak mam z Nim walczyć nie potrafiąc postawić na swoim?
niedziela, 31 lipca 2011
Krok pierwszy
Tak jak się spodziewałam nadszedł ten czas. Być może swoimi myślami sama go ściągnęłam. Ale trudno. Trzeba żyć dalej. Ostatnią szanse dałam mojemu mężowi ponad miesiąc temu. Wiem, że się starał ją wykorzystać, ale niestety nie wyszło.
Podjęłam więc pierwsze kroki zmierzające do zakończenia tej chorej sytuacji:
1. Pozew o alimenty - złożony dokładnie w 11 rocznicę naszego ślubu. Bardzo to przeżyłam, ponieważ jest to moim zdaniem początek końca naszego małżeństwa.
2. Drugim krokiem będzie rozdzielność majątkowa z datą wsteczną. Niestety kilku swoich zobowiązań finansowych mój mąż nie konsultował ze mną, więc nie czuję sie w obowiązku ich spłacać. Ponadto sądzę, że wskazany jest taki kubeł zimnej wody dla Niego. Jeśli to nie będzie w stanie wpłynąć na zmianę jego postępowania, ostatnim krokiem będzie
3. Rozwód
Podsumowując:
Po 11 latach małżeństwa mój mąż zostawił mnie samej sobie, z długami i z dwójką dzieci, na które nie płaci od kilku miesięcy nawet grosza. Myślę, że miał sporo czasu na odbicie się od dna. Dużo czasu i dużo mojej pomocy. Niestety nie skorzystał, więc teraz zostawiam Go samemu sobie. Musze myśleć o sobie i odzieciach. Oraz o spłacie kredytów, których comiesięczne raty przekraczają moje wynagrodzenie... Bardzo liczę na alimenty. Mam nadzieję, żeto Mu da do myślenia.
Przede mną 3 bardzo chude lata, ale Chciałabym Mu udowodnić, że DAM RADĘ.
Od czwartku mój mąż nie nocuje w domu. Całymi dniami Go nie ma, wraca wieczorem z nadzieją, że uda Mu się przenocować. No cóż, za hotel też trzeba płacić. Wiedział doskonale w jakiej sytuacji finansowej się znajdujemy - odebrał pieniądze za przepracowany czas i teraz baluje dopóki kasa się nie skończy...
Trzymajcie kciuki, żebym się znów nad Nim nie zlitowała.
|